Brugia

Lubię, kiedy Wojtek przyjeżdża do Gliwic. Prawie wszyscy znają Wojtka. Wieloletni zwolennik  planszówek, stały bywalec konwentów (Pionka nie opuścił żadnego), twórca arcytrudnych konkursów wiedzy
o grach (publikowanych też w ŚGP) i fan grupy U2. No tak i na dokładkę wicemistrz Polski w Qwirkle (mistrzynią jest jego żona – pozdrowienia dla Joli).

Wojtek zawsze przywozi ciekawe gry. I zawsze cierpliwie wytłumaczy zasady, czasem dołoży anegdotkę. Fan pełną gębą i pełnym serduchem. W grudniu zawitał do Gliwic,
a mnie stanęły świeczki w oczach ze wzruszenia jak zobaczyłem, że facet taszczy torbę
o kanciastych kształtach. Tego wieczoru na stół trafiła Brugia. Wojtek lubi gry Stefana Felda, z tego co pamiętam raczej bezwarunkowo. Ja lubię gry Felda, więc radość była ogromna.  A Brugia? Okazała się bardzo przyjemną gateway game, i typowym euro sucharem.

Brugia to nazwa miasta w Belgii, znanego również jako flamandzka Wenecja z powodu sporej ilości kanałów. Euro z nazwą miasta w tytule, no kto by się spodziewał? W grze wypada zdobyć jak najwięcej punktów prestiżu, zwanych też dla wygody punktami zwycięstwa – totalna nowość.
I wreszcie sedno – zdobyć punkty można na kilka sposobów, czyli silniczki, kombosiki zazębiające się mechanizmy, za które darzę Felda  szczerą geekową miłością.

W Brugii podstawą mechaniki są karty w pięciu kolorach. Każdą kartę można zagrać na sześć sposobów: otrzymać dwóch robotników, zebrać dochód, pozbyć się jednego z zagrożeń, wybudować kanał, wybudować kamienicę lub zatrudnić postać o unikatowych zdolnościach. Do gry dołączony jest również zestaw pięciu kości, jak łatwo się domyślić, w pięciu kolorach.

I zaczynamy zabawę w mechanizmy. Na początku rundy rzut kośćmi ustali nam dwie sprawy: ile będzie można dostać kasy za kartę w danym kolorze i jakie wjadą zagrożenia. Zagrożenia – wraca stary dobry Feld.  Graliście w Notre Dame? Szczury, szczury, wszędzie szczury! W Brugii też są szczury, a poza tym złodzieje, bandyci, pożary i powodzie. Słowem co rudę dzieje się coś niedobrego. Można zagrożenia zbagatelizować, ale jeśli nazbiera się ich za dużo dopieką. Wokoło miasta ciągną się kanały, potrzeba kart i pieniążków, żeby je budować, ale warto. Można też pokusić się o awans w radzie miasta, jednak najciekawsze są postaci. Mamy tu pełny arsenał mieszkańców flamandzkiej Wenecji. Są arystokraci, kupcy, budowniczowie, są też typy spod ciemnej gwiazdy. Można zatrudnić postać, jeśli posiada się wybudowaną kamienicę, Taki mieszkaniec potrafi zwiększyć nasze możliwości działania lub dołożyć ekstra punkty.  Niestety niektóre persony żądają robotników do pomocy.

Usiedliśmy do rozgrywki z Leszkiem i Kasią. Wojtek wyłożył reguły. Gramy. Dość szybko wpadła mi w ręce karta z oprychem, który sprowadzał na pozostałych graczy zorganizowaną grupę przestępczą, potocznie zwaną bandytami. Kierując się staropolskim zwyczajem – jeśli jest okazja dokopać sąsiadom, to nie marnuj okazji – łupiłem z pieniędzy pozostała trójkę ciesząc się jak dziecko i dziękując Feldowi za tą niewielką dawkę negatywnej interakcji.

– I znowu uruchamiam pana z nieogoloną gębą. Macie już trzeci żeton bandytów? Ojej, szkoda. Wyskakiwać z kasy!

– On tak zawsze? – Wojtka najwyraźniej dziwił mój entuzjazm.

– Wiesz, chłopak pracuje w urzędzie, a urzędasy są gorsze od mafii – odpowiedział Leszek konspiracyjnym szeptem.

– Nie jestem urzędasem – zaprzeczyłem trzeźwo. – Współpracuję z urzędami, a to nie to samo. Kaska, proszę do banku, bo odsetki polecą.

– Nie denerwuj się tak. Krawacik wyprasowałeś? Gajerek na wieszaku czeka?

– Nie jestem urzędasem!!!

Rechot. Cała trójka zażera ogórki konserwowe i nabija się ze mnie w najlepsze. Jak się walczyć nie da, trzeba płynąć z prądem.

– Wojtek – zapytałem – czy ja w tej grze mogę was jakoś opodatkować?

I tak zleciała nam godzinka. Przegrałem z kretesem. Za bardzo skupiłem się na przeszkadzaniu innym. Ale Brugię polubiłem od pierwszego zagrania karty. Lekkością rozgrywki przypomina Miasto Spichrzów – (Speicherstadt) inną Feldowską gateway game. W Brugii występuje element losowy, ważny jest kolor dociąganych kart, a właściwości postaci też są słabsze i silniejsze (równoważy to koszt wynajęcia). Grałem tylko raz, więc trudno mi dokładnie ocenić, czy losowość mocno doskwiera, jednak odniosłem wrażenie, że jak na grę rodzinną – jest ok.  Jedno wiem – chętnie zagrałbym znowu. Nawet jeśli gra posiada wady – zagrałbym żeby je odkryć i sprawdzić, czy rzeczywiście determinują rozgrywkę. Mam apetyt na Brugię. Jedyną niewielką przeszkodą, by gra przyjęła się na polskim rynku jest tekst na kartach. Ledwie po kilka zdań, czasem jedno, ale wysmarowałem list do Mikołaja, że fajnie by było, gdyby Brugia ukazała się po  polsku.

Zdjęcia pochodzą z serwisu boardgamegeek.com